body {scrollbar-face-color: #000000; scrollbar-highlight-color: #000000; scrollbar-3dlight-color: #000000; scrollbar-shadow-color: #996633; scrollbar-darkshadow-color: #000000; scrollbar-track-color: #000000; scrollbar-arrow-color: #996633}
Slowo od autorki: Nastąpiła cisza. Gwiazdy mogły przez miliony lat cieszyć się bliskością i spokojem, wiedząc, że ich los się wypełnił. Nic ich nie mogło już teraz rozdzielić. Wielki Pan Aanan powierzył im malutkie miejsce na Findeas, jednaj z planet, wchodzących w skład konstelacji, którymi się opiekował. Misja została wypełniona. Przez następne wieki w Qewerlen i Evalinie zapanuje pokój. Dopóki zachowa się pamięć, zachowa się miłość.
Czasy gimnazjum i początek liceum wiązały się z opowiadaniami. Później przestałam. Odnalazłam moje dziełka, z uśmiechem myślę, ile ja wówczas serca wkładałam w pisanie. Teraz nie wiem, czy bym dała radę napisać długie opowiadanie jak niegdyś. Co postanowiłam? Opublikować je na nowo. Ze względu na sentyment, może potrzebuję mieć takie miejsce na mylogu. W międzyczasie będę pracować nad czymś poważniejszym, a nie powiem, wszystko będzie bardziej przemyślane i jasne, bez niedociągnięć.
Zacznę od najmłodszego z moich opowiadań: Odzyskać Wolność. Od razu zaznaczam - mam świadomość, iż ósmy cud świata to nie jest. Momentami sama się głowię, co takiego chciałam przekazać. Mimo to lubię je. Tak więc, zapraszam!
Edit:Odsyłam do Tintale.
Po pierwsze - oto ostatni rozdział. Nie oczekiwałam rozgłosu na tym blogu, czuję satysfakcję, że to opowiadanie JEST gdzie indziej, niż tylko na moim dysku. Jeśli komuś się spodobało i łatwo czytało, to jest mi niezmiernie miło. Naprawdę. Ah, i dziękuję Wam za te wszystkie słowa, bowiem mam wrażenie, że bardziej doceniałyście to opowiadanie niż ja sama.
Po drugie - Szawnowni Oceniający - wiem, że niektóre ocenialnie, do których się zgłosiłam, mają w regulaminie punkt, że nie oceniają zakończonych blogów. Jeśli nie będziecie chcieli, to dobrze, przyjmę z pokorą, aczkolwiek bardzo by mi zależało na ocenie tak czy siak. Ot, zwykła ciekawość, na jakim poziomie byłam te trzy lata temu, a na jakim znajduję się teraz.
Po trzecie - wraz z zakończeniem publikacji tego opowiadania, zaczynam publikację czegoś poważnego. Jest to fantastyka, a jakże. Z rozrysowanym światem, nowymi istotami. Planuję doprowadzić je do końca. Piszę czwarty rozdział. Serdecznie zapraszam! http://tintale.mylog.pl/
Po czwarte, ale wcale nie najmniej ważne - Ti, dzięki Ci jeszcze raz, i teraz spełniam obietnicę: http://s2.lotgd.pl - Polska Ledenda Zielonego Smoka. Dla fanów fantastyki, świetna gra. Całkiem łatwo się w niej odnaleźć. A ile radości z niej jest! Zachęcam gorąco!
Wydaje mi się, że to by było na tyle.
Też nie lubicie tego nowego okienka dodawania notek? Nie można nic pokombinować.
Fiat lux!
######
Przeciągająca się cisza. Oczy, wpatrzone w siebie. Niewinność i skrucha, to można było dojrzeć po obydwu stronach. Śmiałkowie ludu Verów, którzy szybko się ocknęli, z dzikim krzykiem ruszyli na armię Qewerlen. Nie zdążyli ich dopaść. Oślepiający błysk opadł grubą zasłoną, chroniąc ich. Viri Cavus podnieśli się. I teraz wiedzieli.
- Co jak co, ale ja się nie pcham tam, gdzie mnie nie chcą. Ten Ktoś wyraźnie chce, byśmy zaprzestali.
- Co racja to racja, Drieal. Zaprzestańmy bitki.
Nikt nie wiedział, gdzie jest Yielin. Nikt o nim nie pamiętał, jakby go w ogóle nie było. Nikogo to nie interesowało. Chcieli jedynie dobra. I o to zabiegali.
######
- Qewerlen należy do nas wszystkich. Nie ma żadnego podziału. To, co było - skończyło się. Pamięć trzeba zachować, chociażby ze względu na wielkie czyny. Nie winno się jednak chować urazy do tych, których działania nie były pochlebne wszystkim.
Paramus przerwał, spoglądając na jego poddanych i Verów, tłoczących się na wielkich polach.
- Daję wam wolną rękę. Możecie żyć spokojnie tu, w Qewerlen, pod obecnymi rządami, bądź przenieść się tam, gdzie wam najlepiej - w góry, na bagna, w granice innego kraju. Wybór należy do was, a ja się do niego dostosuję.
Verowie wpatrywali się intensywnie w króla. Gerit, ich tłumacz, zdążył wszystko przekazać, lecz zaczynali się zastanawiać, czy aby się nie pomylił. O królu Paramusie słyszeli jedynie złe rzeczy, mówiono o jego nikczemności i barbarzyństwie - a może to tylko wymysł?
- Jutro oznajmicie mi swoją decyzję. Tymczasem - radujmy się!
A radość Qewerleńczyków trwała długo. Niewielu tylko postanowiło opuścić kraj, reszta cieszyła się z możliwości wiedzenia godnego życia. Przez wiele następnych wieków panował pokój, aż do zakiełkowania ziarenka zła, które zawsze pozostaje.
Tymczasem dziewiątka Evalinczyków siedziała przy jednym stole, zawzięcie ze sobą dyskutując. Urbena, Joula i Andelina połączyły z resztą wspólne sprawy i problemy.
- I tak to właśnie wyglądało - zakończył opowieść Andelino. Zaległa cisza.
- My też się tu nie znaleźliśmy przypadkiem - odezwała się Kalorma. - Ijalin i Mervina rozdzielono, my robiliśmy za ochronę. Trochę dziwnie to brzmi, ale tak to odbieram.
- Każdy ma swój los - Paramus, stojący nieco z boku, spojrzał uważnie na Urbena. - Nasz udział w tej przygodzie był inny, co nie znaczy, że gorszy.
Racja.
- Szkoda tylko, że już ich nie spotkamy...
- Przykro mi, szlachetny panie, ale mylisz się. Podejdźcie i spójrzcie w niebo - Król wskazywał otwartą dłonią na najbardziej jaśniejący punkt na nieboskłonie. - Od tej chwili zawsze będziecie mogli ich zobaczyć, a nawet z nimi porozmawiać. Niekoniecznie o tym wiedząc.
- Zastanawia mnie - szepnął Joul, spoglądając szklistymi oczami na niebo - jaki to wszystko miało związek z Evalinem.
######
- Widzieliście? Lady Teremond i jej syn, Mervin, zginęli z dnia na dzień!
- Lepiej powiedzieć z nocy na noc.
- Tuż po wizycie strażników tego... - Evan uniósł czapkę, zaciskając zęby w sztucznym uśmiechu na widok bejanów - skurwysyna.
- I tak lepsza by była śmierć. Dzisiaj znowu powieszono kolejne osoby. Nic tylko czekać, aż twoje drzwi zostaną wywarzone, a ty przed świtem zawiśniesz!
- Pani, nie denerwuj tak swojej pięknej twarzyczki. Nam nic nie grozi.
- A co mogło grozić Teremondom, co?
Giyrt zamyślił się, a kiedy miał już dać odpowiedź, rozległ się krzyk chłopaka, rozdającego gazetę.
- Luuuudzie! Atak na króla! Dziewięcioro rycerzy! Szybko!
Rozmawiająca trójka popatrzyła po sobie i pędem ruszyła tam, gdzie gnali niemal wszyscy. Faktycznie, widok to był niesamowity. Na dziecińcu stała Waleczna Dziewiątka, jak ich później nazwano, w kolczugach i hełmach. Powalali coraz to nowych strażników, próbujących ich powstrzymać - kierowali się bowiem ku wejściu, poszukując króla.
- Chodźcie! Koniec jego rządów! Odzyskajmy wolność!
- Odzyskajmy wolność! - podjęło wielu ludzi, obnażając swoje szable. Co tu dużo mówić - w tych czasach każdy nosił przy sobie jakąś broń.
Fala ruszyła na pomoc, lecz wtedy zostali przyparci przez zwolenników obecnych rządów, których jednak było więcej. Rozpętała się prawdziwa bitwa.
- Andelino! Szybko!
Mężczyzna przemknął się pomiędzy strażnikami, wbiegając do środka jak strzała. Za nim pobiegli Hurqe i Bverle, próbując ho osłonić.
Drzwi komnaty były zatarasowane. Andelino majstrował przy zamku, kiedy nadbiegały kolejne pomoce Dejglina. W końcu udało się otworzyć drzwi, lecz blada twarz mignęła w oknie, by po chwili zniknąć.
- Teylan! Ucieka! - wrzasnął, kiedy zauważył króla, utykającego na jedną nogę. Próbował zwiać, lecz tutaj był osamotniony. Mimo tego walczył dzielnie do ostatku sił, jego młoda twarz to siniała, to czerwieniała. Ostatecznie powalił Teylana na ziemię, zawiesił nad nim miecz, czekając na tę radosną chwilę, lecz zamiast wbicia w serce, trafił w rękę. Zanim się ktokolwiek zorientował, co się dzieje, z boku władcy sterczała strzała, a Hurqe nadal trzymał łuk przy twarzy.
- Gratuluję - blada jak płótno twarz Bverle nabrała trochę kolorów.
- Odsuń się - sapnął Urben, podchodząc bliżej okna. Wypuścił parę strzał w nadbiegających bejanów, po czym ostrożnie zeskoczył. Wyjąwszy miecz, zaczął bronić leżącego nadal Teylana. Bverle także zeszła na dół, wyciągnąwszy zaś ostrożnie ostrze z boku przyjaciela, podeszła do próbującego wstać Dejglina.
- Hola, hola - powiedziała, przystawiając mu miecz do szyi. Nakazała ich zwolennikom, którzy dopiero co przybiegli, by przynieśli mocne liny. - Z tobą to jeszcze mamy do pogadania.
- Nie ominie cię stryczek, ty mała...
- Ciebie nie ominie utrata tronu.
Przeciwnicy rządów poczuli, jakby wstąpiła w nich nowa siła. Bejanie wydawali się jakby słabsi, strażnicy powoli padali jeden po drugim. Nikt nie wiedział, dlaczego. Nikomu jednak nie przeszkodziło to w wiwatowaniu.
######
- Nastąpią dobre czasy...
Glewish spoglądał na przemawiającego do tłumu Evera, nowego władcy, wybranego w sposób elekcyjny, ciesząc się, że to stanowisko przypadło właśnie jemu. Jest to człowiek w sile wieku, działał razem z lordem Gretydem. Zagadkę, którą próbowali rozwiązać - rozwiązano. Król Driagrin został zatruty. Tuż po bitwie nakazano Dejglinowi, by przyznał się, w jaki to sposób zginął sędziwy król. Na przemian groził i błagał, ostatecznie jednak padła prawidłowa odpowiedź - cyjanek. Zaczęto się zastanawiać, co można z nim teraz zrobić.
- Zabijmy go - warknął Teylan, masując obolałą rękę.
- Co z honorem? Bezbronnego?
- Zasłużył na to.
- To prawda, lecz nikt nie jest godzien tego, by odbierać komuś życie, chyba że w prawdziwej walce. Koniec dyskusji - uciął Lord Gretyd. - Wysiedlimy go hen za góry Breja, w najgorsze miejsce w Evalinie.
- Będzie mógł... - Andelino zauważył karcące spojrzenie lorda, rozumiejąc, że nie jest to rozmowa na teraz. I faktycznie, martwiło ich, iż Dejglin może powrócić z armią. Po piętnastu latach stało się to, zaczęła się bitwa. Evalin był w tak dobrym stanie, że nie groził mu upadek. Fałszywy Dejglin zginął od miecza obecnego króla.
W Evalinie powróciły piękne lata. Waleczna Dziewiątka przeżyła, wiedząc już, iż ich przygoda była znacznie poważniejsza, niż im się mogło wcześniej wydawać. Pomogli nie tylko sobie, ale swojemu krajowi. Bverle i Teylan pobrali się, żyjąc szczęśliwie do późnych lat starości razem ze swoimi dziećmi na skraju Aranu. Urben wrócił do swojej wioski, gdzie zostawił wcześniej swą ukochaną. Joul został znanym zielarzem, żyjąc samotnie, Andelino zaś odnalazł się w armii, gdzie awansował do rangi admirała. Pyir korzystał z życia ile mógł, często układając piękne sonety i wiersze. Z czasem nazwano go trubadurem, choć sam się za kogoś takiego nie uważał. A Kalorma? Jej przeznaczeniem było zostać królową. Hurqe i Glewish żyli na dworze królewskim, będąc doradcami. Nie było takiej osoby w Evalinie, która nie znałaby losów wybawców.
A najjaśniejsza z gwiazd cieszyła się swoim szczęściem.